skafander

Vimeo Festival + Awards

Vimeo, czyli chyba najbardziej kreatywna internetowa społeczność, organizuje kolejną edycję konkursu na najfajniejsze filmy, jakie pojawiły się w tym serwisie w ciągu roku. A to nie byle co, bo na Vimeo regularnie ukazują się prawdziwe perełki krótkiej formy. O kilku pisaliśmy już zresztą na skafandrze. Na stronie Vimeo można zapoznać się z listą finalistów, a zx — od którego, swoją drogą, podkradłem link — przygotował listę kilku co ciekawszych produkcji. Żeby nie powtarzać, wrzucę poniżej wideo, o którym widać zapomniał, a które jest bardzo ładne: Move.

Dobrą opcją — ale tylko dla tych, którzy mieszkają w okolicach Nowego Jorku — będzie z pewnością zagoszczenie na warsztatach i pogadankach, które odbędą się przy okazji całej imprezy. Tematy prelekcji wydają się całkiem ciekawe, a możliwość spotkania twórców oglądanych filmów — więcej niż interesująca.

Poza tym — tak, oczy was nie mylą. Wielkie litery na skafandrze. Zobaczymy, jak wyjdzie. I nie wiem, czy ten drugi, co ze mną pisze, się dostosuje ewentualnie.

idzie nowe

a skafander odżywa

ostatnio trochę zaniedbaliśmy skafandra. trochę bardzo — poprzedni post pojawił się miesiąc temu. a że nam bardzo wstyd i w ogóle sądzimy, że tak się ani blogu, ani szanownym czytelnikom nie robi, to postanowiliśmy wrócić z przytupem. no i wracamy. z całkiem nowym skafandrem.

oto przed wami — nowe szaty skafandra. nowy wygląd, nowe decyzje, nowe podejście, nowa sposób pisania. nie zmieniło się tylko jedno: wciąż nie używamy wielkich liter, co sporo osób nam ciągle wypomina. ciągle też nie mamy na to żadnego wytłumaczenia. no cóż, nikt nie jest doskonały.

przede wszystkim: chyba wreszcie zrozumieliśmy, czym skafander tak naprawdę jest. a jest filtrem. oddziela to, co ciekawe, dobre, interesujące, kreatywne, innowacyjne od tego, co w internecie najgorsze, czyli nawału bzdur, bezwartościowych treści i sztucznych newsów. skafander filtruje sieć z szumu. piszemy o tym, co uważamy za warte opisania, ale przede wszystkim — co uważamy za warte przeczytania przez was. nie chcemy marnować czasu naszych czytelników.

skafander ma jeden cel: promować dobry content.

content czasem kaloryczny i z rodzaju tych całkiem mądrych — a czasami lekkostrawny, grający na skojarzeniach, taki, który bardziej pobudza kreatywność.

promować bez pogoni za ilością wyświetleń czy liczbą lajków. bez ograniczania tematyki. kryterium doboru wpisów jest jedno i wygląda tak: znajdujemy ciekawą informację. przekazujemy ją dalej. koniec. wbrew pozorom to niekiedy żmudna praca. czasem trudno rozróżnić, co naprawdę ma znaczenie, a co nie. jesteśmy gotowi popełniać błędy, bo wierzymy, że naprawdę znaczące idee obronią się same — trzeba im tylko dać możliwość, by zostały poznane. czasami zaś po prostu ciężko jest je wyłowić spośród miliona obrazków o kotach, wpisów na facebooku i twitterze lub plotek na pudelku. nie mówimy tym samym, że obrazki o kotach (ani pudelek) są złe — bo są fajne — ale sory, winnetou, na skafandrze ich nie będzie.

oto nasze wyznanie wiary. (to taki cytat intertekstualny, żeby, wiecie, przywalić z grubej rury i pokazać, że nie żartujemy).

pompatyczny manifest skończony, więc można zabrać się za sprawy nieco bardziej rzeczowe. nowy skafander jest naprawdę nowy i nie zdziwimy się, jeśli niektóre decyzje wydadzą się co najmniej kontrowersyjne. nie tylko te dotyczące designu, bo o jego powstawaniu wkrótce napiszę osobny wpis. przede wszystkim — nie ma komentarzy. nie ma i już. wszystkie wypowiedzi na skafandrze muszą zgadzać się z oficjalną linią partii. a partia — to my. jesteśmy też bufonami i nie akceptujemy krytyki. poza tym, z komentarzy i tak nikt nie korzystał.

sam skafander przejdzie jeszcze dużo co najmniej kosmetycznych poprawek, bo kilka rzeczy trzeba wciąż zmienić lub uaktualnić. ale na razie — to by było na tyle. over. oto skafander 2.0. i tak, to już ten moment, kiedy możecie zacząć mówić, że się wam nie podoba.

ex cathedra

byle podpisana nazwiskiem

kontynuując wątki poruszone na forum (wybacz, czytelniku, że znowu żółć i smęty, ale szkoda by zmarnować taki temat) uznałem, że warto by poruszyć kwestię anonimowości, zajęła nam bowiem sporo czasu i mam wrażenie, że i tak każdy opuścił salę instytutu grotowskiego z takimi samymi poglądami, z jakimi tam przybył — może z tylko odrobinę większym ego.

zagadnienie to ugryzione zostało z ciekawej strony: ktoś poczynił słuszną obserwację, że człowiek kryjący się pod internetowym nickiem jest całkowicie odrealniony. nie istnieje. komentarz zamieszczony został przez kogokolwiek, a jedyne, do czego możemy się odwołać, to jego treść. wbrew pozorom, to jedyny sposób prowadzenia dyskusji — będącej naprawdę konfrontacją poglądów, a nie osób. im mniej wiemy o naszym rozmówcy, tym lepszej jakości będzie to rozmowa.

pytanie tylko: czy to na pewno zasługa tego, że posługujemy się nickami?

ano właśnie, nad tym się zastanawiam. ciekaw jestem przy tym opinii innych — czy nazwisko (w moim odczuciu tak samo odrealnione) nieznanego człowieka w jakiś sposób zmienia optykę patrzenia na tekst czy utwór? wiadomo, czym innym jest, gdy pod opinią podpisze się jakiś uznany przez danego czytelnika autorytet. wtedy, faktycznie, może to na tym jednym czytelniku zrobić wrażenie. ale na tych, którzy nie wiedzą, kim jest? którzy nie uznają go za kogoś, z kogo zdaniem powinni się liczyć?

nie sądzę. konfrontowani jesteśmy z taką ilością materiałów, że niewiele z nich robi na nas jakieś wrażenie. jeśli jednak tak się stanie, to przeważnie to nie o postać autora chodzi — bo to przecież nie ją, a to, co ma do przekazania powinniśmy skomentować. przywiązanie do nazwisk jest rzeczą w dzisiejszym środowisku anachroniczną — uległo ono bowiem takiemu poszerzeniu, że siłą rzeczy jesteśmy zwyczajnie reprezentantami jakichś poglądów, idei czy nurtów. nasze osobiste dane nie mają żadnego znaczenia.

a nickami się posługujemy, bo tak wygodniej. byłbym się nawet i podpisał, ale umowa z tym drugim mi nie pozwala, zresztą, i tak by to nikogo nie obeszło.

mały internet

w krainie wielkiego, intelektualnego bubla

forum młodzieży wrocławia szaleje. kolejne już spotkanie z cyklu, który powoli zaczyna mi chyba sprawiać masochistyczną przyjemność poświęcone było, tadam, kulturze i internetowi. wzajemnym relacjom, wpływom i temu, dlaczego internet jest zły.

do dyskusji wprowadził nas bardzo porządnie złożony materiał filmowy, przedstawiający… no właśnie. właściwie ciężko powiedzieć. było dużo rozmaitych ujęć komputerów i smartfonów, pojawiły się znaki handlowe google, youtube’a czy twittera, pojawiła się pijąca piwo i paląca grupa młodych ludzi — a na końcu powiesił nam się długowłosy chłopiec w trampkach. całość była bardzo dynamiczna — na tyle, że o tym, że nie wiem tak naprawdę o co chodzi, uświadomiłem sobie pisząc tego posta.

przyznam, głos zabrałem tylko raz, przeważnie notowałem co ciekawsze problemy, jakie mełła w swoich trybikach maszynka — zdaniem jakiejś mądrej pani urzędniczki — elita wrocławskiej młodzieży. jeśli cała młodzież jest taka, jak czcigodni zebrani, których uraża to, że mówi się do nich siedząc, to może lepiej byłoby w ogóle nie pytać jej o zdanie.

mianowicie, młodzież wrocławia prosi o filtrowanie wiadomości w internecie. boli ją chłam, którym zarzucają ich znajomi na facebooku. boleje nad tym, jak bardzo ubożeją międzyludzkie kontakty, a filmy ludzie oglądają na youtubie, zamiast z grupą przyjaciół zażerać się popkornem w kinie. rani ją nienawiść, z jaką anonimowi użytkownicy komentują zamieszczane na fotoblogach nędznej jakości zdjęcia i to, że żeby uchodzić za fotografa wystarczy kupić sobie drogą lustrzankę. zresztą, fotografowie oberwali najwięcej. dostało się tym, którzy odpowiadają na wiadomości na czacie bez polskich znaków, przecinków, wielkich liter i z minusami zamiast pauz i amatorom sztuki, którzy oglądają obrazy na wynikach google images, a nie w muzeach.

drodzy młodzi intelektualiści, WARA OD MOICH INTERNETÓW.

oczywiście, były głosy rozsądku. warto zauważyć, że dostrzegamy to — w odróżnieniu od naszych starszych towarzyszy / gości / przyjaciół (zwał to cholerstwo jak zwał) — że internet nie jest żadnym dziełem sztuki. nie służy dziełom sztuki i bezlitośnie filtruje sam z siebie to, co bezużyteczne od tego, co może się faktycznie przydać. społeczeństwo — i sztuka — które rozwijają się w internecie hołdują utylitarnym wartościom. i nie jest tak, jak chciałby wrocławski wydział kultury: e-kultura nie jest parametrem, który dodatkowo określałby muzykę, film czy fotografię. jest zupełnie osobnym działem, którego opisu nie może podjąć się ktoś, kto nie wie, jak działa medium, w którym się rozwija.

hipster branding

…czyli jak prezentowałyby się logo znanych marek, gdyby za ich stworzeniem stali młodzi “niezależni artyści”. projekt szwajcarskiego poligrafika, dave’a spengelera

a short lesson in perspective

this faustian pact has been the undoing of many great artists, many more journeymen and more than a few of my good friends. add to this volatile mixture the powerful accelerant of emerging digital technology and all hell breaks loose. what i have witnessed happening in the last twenty years is the aesthetic equivalent of the industrial revolution in the 19th century. the wholesale industrialization and mechanistation of the creative process. our ad agencies, design groups, film and music studios have gone from being cottage industries and guilds of craftsmen and women, essentially unchanged from the middle-ages, to dark sattanic mills of mass production. ideas themselves have become just another disposable commodity to be supplied to order by the lowest bidder. as soon as they figure out a way of outsourcing thinking to china they won’t think twice. believe me.

świetny artykuł o tym, jak wcale nie musisz się spieszyć.

the clues to the great story

andrew stanton, scenarzysta i reżyser pixara, opowiada o tym, jak opowiedzieć dobrą historię. świetna pogadanka, szczególnie jeśli bierze się pod uwagę fakt, że przemawia właśnie ktoś ze studia, które naprawdę zdało się rozgryźć przepis na świetną i porywającą fabułę. a jeszcze szczególniej, jeśli się wie, że stanton pracował przede wszystkim nad wall-em, który, powiem szczerze, jest nie tylko moim ulubionym filmem animowanym, ale chyba jednym z najulubieńszych obrazów w ogóle, jeśli nawet nie tym naj, naj. pixar wie, jak rozśmieszyć, rozczulić i wzruszyć widza. wie, jak nim zawładnąć. to jest właśnie ta cecha, którą charakteryzuje się każda dobra opowieść. że cię obchodzi.

mało, ale dokładnie

wracamy do minimalizmu

# sven laux: unfound sketches (found sound records, 2011)
# in, first sketch, second sketch, third sketch, fourth sketch, out

kiedy poeta nie ma o czym pisać, właśnie o tym pisze. tak już jest. skafander o tym nie pisze. o muzyce dawno nie było.

prezentujemy płytę, na której dzieje się trochę więcej, niż tag minimal techno mógłby sugerować. sven laux, berliński producent, zna się na swoim fachu. oprócz zgrabnych, dynamicznych i zupełnie typowych dla podgatunku beatów, częstuje słuchaczy glitchowymi i ambientowymi pasażami, przydającymi utworom wiele przestrzeni.

zaczyna się delikatnie. z czasem robi się gęściej, sven nie zbliża się jednak nawet do granicy przesytu. unfound sketches to minimalistyczny majsterszyk.

pobierz z last.fm
fotografia wykorzystana w bannerze to ‘minimal_by_sonew’.

czytać 1000 książek rocznie i nie zwariować

puenta: czytaj 1000 książek rocznie, nie zapamiętaj z nich niczego, czytaj w pośpiechu i z rozproszoną uwagą, w metrze i podczas gotowania obiadu — i mów, że jesteś oczytany. ale nie pytaj, która z nich cokolwiek zmieniła w twoim życiu, która sprawiła, że zacząłeś coś robić inaczej niż do tej pory. jedna? może dwie, jeśli masz szczęście? no właśnie.

ostatnio ponad kulturowe rozgadanie preferuję zwykłe milczenie.

wcześniej na skafandrze